The NeverhoodKlaymen, Willie, Hoborg, Klogg, Big Robot Bil i plastelina. Całe mnóstwo plasteliny. Wszystkie te elementy po połączeniu stworzyły zdecydowanie najgenialniejszą przygodówkę w historii. Metoda poklatkowa, którą została stworzona gra zagwarantowała nieśmiertelność jej oprawie graficznej. Niska rozdzielczość nie jest w stanie przyćmić przewspaniałych i lekko psychodelicznych konstrukcji ulepionych z plasteliny. Jeśli chodzi o rozgrywkę to mamy tu do czynienia ze standardową przygodówką point'n'click okraszoną naprawdę trudnymi, ale również pokrętnie logicznymi zagadkami. Tak naprawdę tylko jedna łamigłówka zależała bardziej od przypadku niż od używania szarych komórek i przez to naprawdę podnosiła ciśnienie (każdy kto grał, na pewno dobrze pamięta małą myszkę i ser). Opowieść w grze jest naprawdę bardzo głęboka, wręcz filozoficzna. Wywołuje naprawdę silne emocje i opowiada o uniwersalnych prawdach, takich jak: stworzenie, przyjaźń, zdrada, dobro i zło. Rozśmiesza, ale również wzrusza (komu nie zadrżało serce kiedy Big Robot Bil spada w Otchłań razem z Willie'm?). Do wszystkich tych idealnie skomponowanych elementów dochodzi niesamowita, psychodeliczna muzyka, która została wydana na osobnej płycie. Gra idealnie pasuje do ziółka. Geniusz pod każdym kątem. Poza tym takich gier już nie będzie, tym bardziej warto się dowiedzieć, że już w 1996 roku można było przepaść na długie godziny.
Ocena: 10/10
Half-LifeRok 1998. Wychodzi pierwszy Half-Life. Debiutanckie dzieło firmy Valve Software. Przełom w dominującym gatunku FPS'ów. 'Pogromca Quake'a'. Half-Life to pierwszy shooter, w którym to fabuła stoi na pierwszym miejscu. Nie strzelanie. Nie wypruwanie flaków zmutowanych kosmitów czy fragowanie nieznajomych przez Internet. Half-Life to przede wszystkim opowieść. Opowieść o ucieczce i walce o własne życie, a nie koszeniu wszystkiego w stylu Rambo. Opowieść o tym, że nauką nie należy się bawić. Opowieść Gordona Freeman'a, który miał szczęście mieć na sobie nowoczesny kombinezon. Do tego ta mistrzowska historia jest oprawiona w niezwykle innowacyjne (jak na tamte czasy) rozwiązania technologiczne. Krew zostająca na ścianach. Całkiem nieźle działająca latarka. No i niezwykle inteligentni przeciwnicy. Tym większy respekt dla twórców, że wycisnęli takie rzeczy z silnika graficznego pierwszego Quake'a. Gry z 1997 roku. Wynik ich prac nad tym silnikiem jest dużo lepszy od Quke'a 2 co samo o sobie świadczy. Poza tym bardzo popularny Counter Strike jest modem Half-Life'a, a więc i jego silnika. Zdecydowanie warto cofnąć się w czasie i poznać ten tytuł z bliska.
Ocena: 9/10
Max PayneNiebywale klimatyczna produkcja. Opowieść o nowojorskim gliniarzu wrobionym w zabójstwo szefa. Opowieść o zemście. Opowieść o wielkiej polityce i wielkich korporacjach. Ale fabuła to jedynie dodatek. Głównym daniem w grze jest oczywiście 'bullet-time'. Po raz pierwszy w dziejach gier mieliśmy okazję oglądać z bliska, wystrzeloną kulę, która rozrywała ciało przeciwnika. W zwolnionym tempie! Remedy pracowało nad tą grą 6 lat. Przez ten czas doszlifowali do perfekcji wszystkie jej elementy. 'Bullet-time' spowalnia cały świat, za każdym razem działa idealnie. Grafika nawet dzisiaj może się podobać. Nie można również zapomnieć o niezwykle charakterystycznej ścieżce dźwiękowej. Kilka buszków pozwoli idealnie się wtopić w zasypany śniegiem Nowy Jork i puścić się w pogoń za ćpunami, gangsterami, a nawet za prywatną firmą ochroniarską. Szczególnie w pamięć zapadają 'halucynogenne' etapy gry, w których Max powraca do traumatycznych przeżyć. Jedyny minus dotyczy polskiej wersji gry. O ile postacie poboczne są całkiem znośnie zdubbingowane, o tyle sam Max, podkładany przez Radosława Pazurę, brzmi fatalnie. Najlepszym rozwiązaniem jest angielska wersja z polskimi napisami, a taką raczej trudno znaleźć. Niemniej na pewno warto.
Ocena: 8/10
Grand Theft Auto San AndreasDlaczego akurat San Andreas? Bo to właśnie tą część sagi Rockstara uważam za najlepszą (GTA IV nie biorę tutaj pod uwagę, bo takie porównanie nie byłoby sprawiedliwe, 'czwórka' to zupełnie nowa jakość). Poza tym to właśnie ta część ma najwięcej wspólnego z paleniem. No więc wcielamy się w Carl'a Johnson'a. CJ'a, który wpada w głębokie gówno już na samym starcie. Konkurencyjny gang zabija jego matkę, a skorumpowany pies Tenpenny (zajebisty Samuel L. Jackson) wrabia go w morderstwo policjanta. No i wtedy, po małym rajdzie rowerkiem możemy przejść do swobodnej eksploracji ogromnego świata, na który składają się trzy miasta: Los Santos, San Fierro i Las Venturas. Do tego dochodzą jeszcze długie kilometry dróg asfaltowych i polnych pomiędzy metropoliami. Jak zawsze możemy przemierzać świat gry pieszo, samochodem, motocyklem, helikopterem i lepiej zaimplementowanym niż w poprzednich częściach samolotem. Do tego dochodzi wyżej wymieniony rowerek, którym można robić przeróżne triki. No i nareszcie dla głównego bohatera serii GTA woda nie jest już śmiertelnym zagrożeniem gorszym od rozgrzanej lawy. CJ jako pierwszy w serii potrafi pływać. W San Andreas po raz pierwszy pojawia się również element RPG'owy. Rosnące statystyki doskonale napędzają całą opowieść, która jest pełna charakterystycznych postaci (niektóre z nich są już nam dobrze znane). Dużo strzelasz z pistoletu? Jeśli będziesz wystarczająco długo ćwiczył CJ nauczy się strzelać z dwóch naraz. Statystyki odnoszą się do każdego rodzaju broni, pojazdu, biegania, pływania, ale też poziomu 'przypakowania' i głodu. San Andreas to ogromny świat, którego nie da się w pełni opisać w krótkiej recenzji. Na każdym kroku spotykamy różne niespodzianki urozmaicające podróż przez wirtualną Kalifornię lat 90-tych. Obowiązkowy tytuł dla każdego fana GTA.
Ocena: 9/10
Black & White'Jestem bogiem'. Peter Molyneux potraktował tą myśl wyjątkowo dosłownie. Przed Black & White co prawda powstało wiele gier, w których przejmowaliśmy rolę wszechpotężnego i wszechwiedzącego władcy (SimCity na przykład). Ale to właśnie gra studia Lionhead pozwoliła nam stać się bóstwem czczonym i uwielbianym przez pospólstwo. Cała gra została skonstruowana wokół idei 'bycia bogiem'. No więc lądujemy na sielankowej wyspie Eden jako młody bóg. Szybko zdobywamy pierwszych wyznawców, którzy budują nam okazałą świątynię - nasze główne menu. Ogólnie cały interfejs jest bardzo pomysłowy i niezwykle intuicyjny. Całą grę można przejść przy użyciu samej myszki - od poruszania się, przez wyrywanie drzew, do rzucania czarów (tutaj zwanych 'cudami'). Całkiem szybko zdobywamy również 'chowańca', ogromnego zwierzaka (do wyboru tygrys, małpa i krowa), który od tej pory będzie pełnił rolę naszego pupila. Będzie rósł, uczył się nowych umiejętności i pomagał nam rządzić w wiosce. A rządzić można zasadniczo na dwa sposoby: biały (podlewając chłopom pola, pomagając w zbiorach, lecząc i broniąc przed niebezpieczeństwami) oraz czarny (rażąc kobiety i dzieci piorunami, podpalając spichlerz, spuszczając deszcz meteorów i składając ofiary z poddanych). Miłością można do siebie przywiązać wyznawców tak samo mocno, jak i strachem. W wyborze odpowiedniej drogi pomaga nam sumienie składające się z psotnego diabełka i dobrotliwego aniołka. Za wszelkimi zmianami w naszych działaniach na rzecz 'jasnej' lub 'ciemnej' strony idą zmiany w wyglądzie naszej świątyni, chowańca, czy naszej 'rączki' (kursora). Nasz zwierzak może pomagać wieśniakom i się z nimi bawić, ale równie dobrze może żywić się ich mięsem i gnębić ich na każdym kroku. Każda droga doprowadzi nas do celu, którym jest nawrócenie 'niewiernych' oddających cześć konkurencyjnym bóstwom. Wybór należy do mnie. 'Jestem bogiem'.
Ocena: 9/10
Star Wars: Knights of the Old RepublicGwiezdne Wojny... Któż nie zna historii Lorda Vader'a, Luke'a Skywalker'a, Hana Solo i innych? No to teraz cofamy się w czasie o 4000 lat od wydarzeń z filmów. Budzimy się na ostrzeliwanym statku kosmicznym i zaczynamy się wgłębiać w historię o mieczach świetlnych opowiedzianą przez prawdziwych mistrzów gatunku. BioWare to twórcy Baldur's Gate, a z nowszych tytułów również Mass Effect i Dragon Age. Jednym słowem ekipa potrafiąca genialnie opowiadać wciągające historie. Nie inaczej jest z KotOR'em. Jest to gra RPG czego na pewno po niej nie widać na pierwszy rzut oka. Wszędzie dookoła słychać wystrzały z blasterów i świszczące miecze świetlne, postacie wykręcają piękne piruety przy zadawaniu ciosów, ale tak naprawdę chodzi tu tylko i wyłącznie o podnoszenie statystyk swojego bohatera, jak i całej drużyny galaktycznych dziwaków. A umiejętności w drzewkach rozwoju jest całe mnóstwo. Zaczynając na specjalizacjach w różnych pancerzach i broniach (blastery, ciężkie karabiny plazmowe, miecze świetlne), kończąc na bajerach związanych z Mocą (pchnięcie, rzut mieczem świetlnym, porażenie prądem, perswazja). Perswazja bardzo przydaje się podczas niezwykle rozbudowanych dialogów. Nie ma to jak wmówić jakiemuś Sith'owi, że 'chce mi oddać wszystkie kredyty i życzyć miłego dnia'. Ale wróćmy do samej historii. BioWare zabiegiem umieszczenia całej akcji tysiące lat przed znanymi wszystkim wydarzeniami zapewniło sobie pełną swobodę w budowaniu opowieści i postaci. Tak więc Galaktyka ponownie stoi na krawędzi zagłady za sprawą odwiecznego konfliktu między Jedi i Sith. Gracz zostaje rzucony w sam środek wojny i praktycznie od samego początku ma swobodę w wybraniu strony, po której się opowie. Jasna bądź Ciemna strona Mocy zaprowadzi nas na kilka planet, wśród których znajdują się te znane z filmów (Tatooine przede wszystkim). Ogólnie jest to bardzo rozbudowana, wciągająca gra RPG umieszczona w uniwersum Gwiezdnych Wojen, ze wszystkimi smaczkami związanymi z tym światem (machanie mieczem świetlnym, odbijanie wiązek laserów, duszenie Mocą). Mimo, że powstało już mnóstwo gier mniej lub bardziej oficjalnie związanych z Gwiezdnymi Wojnami (zręcznościówki, strategie, strzelanki, a nawet LEGO Star Wars) to właśnie KotOR'a uważam za najgłębszą i najrzetelniej oprowadzającą po światach Galaktyki. KotOR jest mało związany z LucasArts. BioWare wykupił od sługusów pana George'a Lucas'a jedynie logo i dźwięki związane z Gwiezdnymi Wojnami. Całą resztę, sam zbudował od podstaw. Wynik końcowy tych prac to dopieszczone z każdej strony, idealnie pasujące do blancika, dzieło, które da mnóstwo zabawy na długie godziny.
Ocena:9/10
Diablo IIZe wstydem muszę przyznać, że nigdy nie przeszedłem od początku do końca oryginalnego Diablo. Za to 'dwójeczka'... Heh... Tą część przedreptałem wzdłuż i wszerz. Od równin przy obozowisku Łotrzyc i Tristram, przez zarośnięte dżunglą Kurast i samo dno piekła, po zaśnieżoną Krainę Barbarzyńców w dodatku Lord of Destruction. No więc ratujemy świat. A robimy to zabijając setki hord potworów, demonów i starożytnych duchów przybyłych na wezwanie Mrocznej Trójcy. Pan Zniszczenia Baal, Pan Terroru Mefisto oraz Pan Grozy Diablo połączyli swoje siły w próbie podbicia świata śmiertelników. No a powstrzymać cały ten pochód Zła jak zawsze musi Gracz. Ale Gracz musi najpierw odpowiedzieć sobie na odwieczne pytanie: 'kim jestem?'. Barbarzyńca? Walka twarzą w twarz z każdym plugastwem, które wypełza ze szczelin śmierdzących kanałów i 'branie na klatę' ich mizernych ciosów. Czarodziejka? Wybór między ofensywą i defensywą oraz między żywiołami, no i baczne obserwowanie poziomu Many. Nekromanta? Babranie się w ścierwie pokonanych monstrów i budowanie armii szkieletów. Paladyn? Religijny rycerz w lśniącej zbroi wspomagający się różnego rodzaju aurami. Dla mnie wybór zawsze był prosty - Amazonka. Majestatycznie stojąca w miejscu z cięciwą potężnego łuku przyciśniętą do bujnych piersi. Trzymanie przeciwników na dystans i patrzenie jak ich bezwładne ciała padają do Jej stóp to jest to. Diablo II to ogromny wir, który wciąga na długie godziny. 'Jeszcze tylko jeden poziom, tylko jeden boss i od razu idę spać...'. Taa... Oszukiwanie samego siebie opanowałem perfekcyjnie. Powiem jeszcze, że serwery battle.net'u do tej pory są oblegane przez graczy i bardzo łatwo znaleźć sobie 'jednorazowego przyjaciela', z którym ramię w ramię możemy wycinać sobie drogę w kierunku potężnego Czerwonego. Zdecydowanie godne polecenia.
Ocena: 10/10
Władca Pierścieni: Bitwa o ŚródziemieTym razem coś z zupełnie innej beczki. Klasyczna strategia czasu rzeczywistego. Zbieranie surowców, budowanie koszar, tartaków, wież strażniczych, machin oblężniczych, szkolenie jednostek, no i oczywiście zabijanie podwładnych wroga i niszczenie jego 'bazy'. A to wszystko umieszczone w uniwersum filmowego Władcy Pierścieni. W uniwersum orków, hobbitów, elfów, entów i całej reszty tego tałatajstwa. To co jest najważniejsze w tej chwili to fakt, że twórcom gry w doskonały sposób udało się przenieść wszelkie najistotniejsze smaczki i przede wszystkim klimat trylogii Peter'a Jackson'a. Na pewno w dużym stopniu pomogła im filmowa licencja wykupiona przez EA. Tak więc dla wszystkich fanów trylogii Tolkiena klimat zawarty w tej grze jest naprawdę ogromnym plusem. Jednocześnie dla wszystkich antyfanów (wielbicieli np. Gwiezdnych Wojen) ów klimat wcale nie musi być minusem. A to dlatego, że Bitwa o Śródziemie to kawał doskonale zbalansowanego, staroszkolnego RTS'a. Każda frakcja w tej grze posiada mocne oraz słabe strony, dzięki czemu każdy może odnaleźć taką, która najbardziej będzie odpowiadała jego strategii. Tą techniczną sprawność gra z pewnością zawdzięcza ludziom, którzy w przeszłości współtworzyli wspaniałą serię Command & Conquer. Tryb singleplayer'owy został podzielony na dwie kampanie: 'dobrą' i 'złą'. Frakcje są cztery: Rohan ze słynną kawalerią, Gondor ze znakomitą piechotą, Isengard z uniwersalnymi Uruk Hai oraz Mordor stawiający na ilość. Dzięki takiemu zabiegowi po raz pierwszy w historii gier mamy szansę stanąć po stronie zła, zabić Froda, zdobyć Pierścień oraz władzę nad całym Śródziemiem. Silnik graficzny, jak i fizyczny są na bardzo porządnym poziomie, interfejs nie zaznacza pojedynczych jednostek, tylko całe oddziały (podobnie jak w Dawn of War), otoczenie w pewnym stopniu jest interaktywne (trolle np. mogą wyrywać drzewa i rzucać nimi w jednostki wroga). Do tego dochodzą również 'bohaterowie', czyli dużo mocniejsze jednostki znane z filmów jak na przykład Gandalf, Gimli, Legolas, Aragorn, Nazgul czy Saruman. Każdy z nich posiada własne czary czy moce, które w większości dzielą się na ofensywę, defensywę i wspomaganie. Podsumowując: niezwykle starannie skonstruowana strategia, którą ja dodatkowo nazwałbym bardzo istotnym elementem całej ideologii Władcy Pierścieni. Tylko nie zapomnijcie fajkowego ziela.
Ocena: 9/10
Chronicles of Riddick: Escape from Butcher BayŚwiatem gier video rządzi pewna zasada, która mówi, że wszystkie gry opierające się na filmowych odpowiednikach to kupa totalnego szitu i próba wyłudzenia pieniędzy od graczy. Doskonałym przykładem popierającym tą tezę są disney'owskie animacje Pixara. Każda nowa produkcja tego typu posiada swój 'growy' odpowiednik, który często swoją premierę ma jeszcze przed filmem. Tutaj natomiast mamy chlubny wyjątek od tej zasady, który nie tylko okazał się porządną grą, ale nawet przerósł swój filmowy pierwowzór poziomem dopracowania. Ucieczka z Butcher Bay to gra FPP. Do tego w głównej mierze jest skradanką, co jest raczej rzadko spotykanym rozwiązaniem (popularniejsza jest kamera 'zza pleców' jak np. w serii Hitman). Tutaj to rozwiązanie mimo wszystko pasuje idealnie i gwarantuje szybkie utożsamienie się z głównym bohaterem. A włazimy w buty nie byle kogo. Riddick po raz kolejny wpada po uszy w g*wno i teraz to my musimy pomóc mu się wydostać z najgorszego w całej galaktyce pierdla zwanego Butcher Bay. Co ciekawe historia opowiedziana w grze jest prequel'em dla tej z filmu Pitch Black. A sama fabuła jest niezwykle wciągającą, mroczną, brutalną, ale i inteligentną intrygą. Zaraz po odprowadzeniu do celi przez klawisza Riddick zaczyna załatwiać sobie kosę, w trakcie gry zdobędzie jeszcze pałkę i będzie miał okazję postrzelać z pistoletu, strzelby oraz karabinu. No i jeszcze przejażdżka droidem bojowym. Ale i tak najlepszym narzędziem naszego mordercy będą jego ręce, a najbliższym sprzymierzeńcem niesamowite efekty dynamicznego oświetlenia. Przez większość czasu trzeba się ukrywać, trzymać w cieniu, przeciskać przez brudne szyby wentylacyjne i skręcać karki nieuważnych strażników. Oczywiście, jeśli ktoś nas wykryje, Riddick nie jest bezbronny - najbardziej charakterystycznym elementem Kronik Riddicka jest niesamowicie zaimplementowany, zręcznościowy system walki wręcz. Do tego kombosy z nożem i pałką oraz rozmaite finiszery. Wszystkie te elementy tworzą niezwykle dynamiczne dzieło z bardzo dobrze zbalansowanymi 'pojedynkami'. Mroczny, niezwykle brutalny i wręcz klaustrofobiczny klimat zaszczutego uciekiniera. Grafika do dziś trzyma standardy. Oprócz tego cała gra jest uzupełnieniem historii samego Riddicka, odpowiadającą na wiele pytań dotyczących jego przeszłości i przyszłości. No i w końcu dowiadujemy się dlaczego potrafi widzieć w ciemności. Dzięki temu, że Vin Diesel użyczył swojego głosu oraz całej postaci twórcom gry, możemy z bardzo bliska przyjrzeć się historii galaktycznego mordercy. Oprócz tego pod pewnego zapadającego w pamięć klawisza głos podkłada Xzibit. Bardzo ciekawa wycieczka krajoznawcza po intergalaktycznym więzieniu. Tylko zawsze trzeba pamiętać o chowaniu ciał w mroku.
Ocena: 10/10
Psychonauts
Użytkownik fakinszit edytował ten post 07 marzec 2012 - 21:32















