Skocz do zawartości



Narkotyk na receptę


  • Nie możesz odpowiedzieć
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1 Eruil

    Jedność z Jah

  • Administrator
  • 2109 Postów:

Napisano 22 lipiec 2009 - 18:09

Cytat

Dołączona grafika



O metadonie niektórzy mówią, że to leczenie trucizną, ale dzięki niemu umarli wracają do życia

Ela dostała się na program metadonowy, bo miała wyjątkowe szczęście. Czternaście lat temu , kiedy o terapii substytucyjnej mało kto w Polsce słyszał, trafiła na detoks do jednego z warszawskich szpitali.

Nowicjat

- Miałam 28 lat, za sobą 15 lat brania. Ważyłam 38 kg, miałam padaczkę, przewracałam się na ulicy, często wracałam do domu z rozbitą głową.
Towar robiłam u siebie. Po słomę jeździłam na wieś. Czasem patrzyłam przez okno na ludzi i im zazdrościłam, że mogą tak po prostu wyjść. Czułam się jak więźniarka.

Na detoks położyli ją w piątek.

- W poniedziałek szefowa detoksu zapytała, czy chcę wejść na metadon.

Tego samego dnia dostała pierwszą dawkę - 100 ml. Objawy głodu ustąpiły a wraz z nimi potrzeba brania. W kolejnych latach potrzebowała metadonu coraz mniej. Dziś przyjmuje 40 ml.

Marek miał mniej szczęścia - zanim został pacjentem substytucyjnym, spędził sześć lat w ośrodkach Monaru. Przeszedł trzy pełne cykle terapii. Po pierwszej nie brał siedem lat, po drugiej i trzeciej - tylko kilka miesięcy. Kiedy dostał się na program, miał 36 lat, na koncie kilkanaście lat brania i wirusa HIV. Dawka - 90 ml.

Paweł (też 90 ml) mówi, że najpierw uzależniony był od matki.

- Wszystko miałem podstawione pod nos. Kiedy z żoną wyprowadziliśmy się do wynajętego mieszkania, okazało się, że jestem jednym wielkim: "Gdzie jest mama?".

Pierwsze próby miałem w podstawówce - marihuana, wąchanie kleju. Ale dopiero kiedy żona mnie zostawiła, wpadłem w uzależnienie. Przeszedłem parę detoksów, było mi wstyd, że biorę, ale nie mogłem przestać.

Podobnych historii jest w Polsce 1556 - tyle, ile miejsc na 15 programach substytucyjnych. Rozporządzenie ministra zdrowia regulujące zasady substytucji mówi, że można nią objąć pacjenta, który: 1) jest uzależniony od opiatów od co najmniej trzech lat; 2) ukończył 18 lat; 3) próby leczenia konwencjonalnymi metodami okazały się nieskuteczne, 4) wyrazi zgodę leczenie w ramach programu.

- To działa jak nagroda - mówi Mirosława Straburzyńska, terapeutka uzależnień, współzałożycielka jednego z warszawskich programów substytucyjnych. - Im dłużej ktoś cierpiał, tym większe ma szanse. W pewnym sensie mówimy do tych ludzi: masz HIV i HCV, życie ci się rozsypało? To pomożemy. To jak cukierek, do którego trzeba doskoczyć.

Doskakiwanie nie kończy się przy wejściu do programu, bo ministerialny dokument zawiera także szczegółowe wytyczne co do prowadzenia terapii i wymogi wobec pacjentów. Rozporządzenie niczym bulla papieska zmienia leczenie uzależnionych w rodzaj zakonu o surowej regule z kierownikiem programu w roli przeora.

Nie będziesz brał narkotyków cudzych poza mną

Marek po roku w programie zaliczył wpadkę - brał amfetaminę. Wyszło to w testach moczu, które zgodnie z rozporządzeniem należy przeprowadzać pacjentom co miesiąc. Po trzech z rzędu wynikach dodatnich wypada się z programu.

- Najpierw mnie przez kilka miesięcy "zerowali" - co tydzień zmniejszali dawkę metadonu o 5 ml. Nie było to przyjemne, ale prawdziwy koszmar zaczął się przy zerze. Próbowałem kombinować, od znajomych zbierać po kilka mililitrów. W końcu zacząłem znowu brać i mnie wyrzucili - opowiada. Na inny program załapał się dwa lata temu.

Nie jest pewny, czy wyleciał wtedy z powodu regulaminu, czy niechęci lekarza nadzorującego, bo tym, że ludzie poza metadonem "dobierają" alkohol i inne substancje psychoaktywne wiedzą i pacjenci, i lekarze.

- Mam wrażenie, że po niektórych to widać - mówi Ela. - Dziwię się, że to nikogo nie rusza. Robią nam testy, każą dmuchać w alkomat, a niektórzy do okienka podchodzą nieprzytomnym krokiem. Nie wiem, czemu jeden zostaje, a drugi wylatuje.

Grzegorz Wodowski, szef krakowskiej poradni Monaru, stwierdza, że gdyby stosować reguły z rozporządzenia z pełną surowością, programy substytucyjne świeciłyby pustkami. Kierownicy zwykle przymykają oko, toteż gdy je z nagła otworzą i wyciągną konsekwencje, wyrzuceni mają poczucie krzywdy.

Doktor Einat Peles z kliniki w Tel Awiwie jest zdumiona, słysząc pytanie o tamtejsze zasady wykluczania z programu. - Dlaczego mielibyśmy wyrzucać pacjentów, przecież oni są chorzy! Będąc w programie, są objęci pomocą psychologiczną i socjalną. Jeżeli przestają się pojawiać, przez kolejne trzy miesiące namawiamy ich, by wrócili. Dopiero potem zostają oficjalnie wykreśleni, ale zawsze mogą wrócić, choć będą musieli odczekać w kolejce.

- Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) definiuje uzależnienie jako przewlekłą i nawracającą chorobę. A skoro tak to polskie reguły leczenia substytucyjnego są niezrozumiałe. Wygląda na to, że karzemy ludzi za symptom ich choroby - mówi Kasia Malinowska-Sempruch, szefowa Międzynarodowego Programu Polityki Narkotykowej w Open Society Institute.

Pamiętaj, aby wszystko dla Metadonu poświęcić

Przez pierwsze pół roku nowo przyjęty musi się wykazać. Po swoją dawkę przychodzi codziennie, w świątek - piątek. Większość okienek jest czynna w godz. 8-13.

Ela: - Raz koleżanka dobiegła do drzwi, jak było za dwie. Nie wpuścili jej, bo powiedzieli, że jak dojdzie do okienka, to będzie punkt. I nie dostała metadonu. Traktują nas jak dzieci.

- W godzinach wydawania większość ludzi pracuje, pacjenci też - mówi Straburzyńska. - W końcu o to chodzi, by poukładali sobie życie. Przychodzi pacjentka, skarżąc się, że o ósmej to ona musi sklep otworzyć, a nie jechać po metadon, a jedyne, co jej mogę doradzić, to to, żeby zmieniła program na taki, w którym okienko działa od siódmej.

Nie zawsze takie okienko jest w zasięgu. Jedyny program w Krakowie prowadzi Szpital Rydygiera na peryferiach miasta. Dojazd z centrum - pół godziny. Z kolei w Świeciu w Kujawsko-Pomorskiem w Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych wydaje się metadon mieszkańcom Torunia i Bydgoszczy - miast odległych o blisko 40 km.

Zgodnie z wytycznymi ministerstwa pacjenci powinni pokonywać ten dystans codziennie przez co najmniej pół roku. Potem - jeśli się dobrze sprawują - kierownik może zaproponować tzw. system, czyli wręczać dawki najpierw na weekend, potem na kilka dni z góry.

"System" reguluje życie Marka, który miesięcznie pokonuje ok. 1400 km. Mieszka w Gdańsku, ale metadon dostaje w Warszawie. Jego kolega Włodek, też z Gdańska, po swój substytut - nie metadon, lecz buprenorfinę - jeździ aż do Krakowa. Gdańsk substytucji nie prowadzi, więc obaj dostają zapas na dwa tygodnie.

Batalia o ten zapis trwała lata. Do 2004 r. niemal wszystkie programy w Polsce łamały prawo, wydając pacjentom metadon na dwa-trzy dni. Od 2004 r. ustawowe dwa tygodnie są ulgą dla wszystkich.

Ale co robić, gdy pacjent złamie nogę? Skazać go na głód narkotykowy czy łamiąc prawo, przekazać mu środek przez osobę trzecią? To kolejny dylemat do rozstrzygnięcia przez kierownika programu.

Czcij dawkę swoją

Marta przez lata dostawała metadon w plastikowych, zakręcanych pojemniczkach na mocz. Pomysł niezbyt elegancki, ale tani.

- Pojemniczki były nieszczelne i parokrotnie metadon rozlał mi się w torbie - opowiada. - A drugiej dawki nie dostaniemy. Ja miałam ich ze sobą kilka, więc mogłam zmniejszyć przez kolejne dni dawkę i jakoś przetrwać. Ale jak ktoś dostawał dwie, a jedną stracił, to musiał żebrać po znajomych. Jak zwymiotował - to samo.

- Jestem słaba, bolą mnie stawy i nie mam siły wstawać - mówi Ela. - Czasem nie dotrę do punktu. Wtedy mąż dzieli się ze mną swoim metadonem, ale w efekcie oboje czujemy się fatalnie.

W Hongkongu metadon wydawany jest w punktach czynnych od godz. 6 do 22. W Chorwacji program zaczyna się w ośrodkach stacjonarnych, a po kilku tygodniach pacjent przechodzi pod opiekę lekarza pierwszego kontaktu, który wypisuje substytut na receptę. Uzależnieni dawkują go sami. Podobnie jest w Danii, Szwajcarii, Hiszpanii i Portugalii. W Wielkiej Brytanii metadon wydaje gęsta sieć osiedlowych aptek - zapobiega to przepływaniu metadonu na czarny rynek.

- U nas wciąż panuje przestrach, że to środek odurzający - mówi Mirosława Straburzyńska. - Boją się urzędnicy, kierownicy programów, terapeuci. Słychać głosy, że substytucja jest niemoralna, że my tych ludzi uzależniamy, leczymy trucizną. A to, że oni bez tego środka by w ogóle nie funkcjonowali, wciąż się nie przebija.

Żeby otworzyć program, trzeba mieć umowę z apteką, z producentem substytutu i wykazać się posiadaniem kasy pancernej wbitej w ziemię. Metadonem w dużej dawce można się odurzyć. Ale odurzyć można się też garścią apapu. Gdy ktoś chce się naćpać, kupi heroinę, nie metadon. Metadon kupują albo ci, którzy chcą się odtruć na własną rękę, albo pacjenci wyrzuceni z programu.

Nie będziesz handlował

Podstawowym zamiennikiem opiatów jest alkohol, działa na te same receptory w mózgu. Ci, którzy dostają dawki na weekend, w poniedziałek przychodzą często do okienka przepici - najpewniej swój metadon sprzedali. Za to wyrzuca się od razu, zapominając, że dla niektórych sprzedaż narkotyków była dotąd jedynym sposobem zarobkowania. Ale o pomocy socjalnej nie ma w rozporządzeniu mowy. Jest za to o terapii: "Pacjenci uczestniczący w programie jednocześnie biorą udział w psychoterapii i rehabilitacji w wymiarze co najmniej dwóch godzin tygodniowo".

- Terapia? - dziwi się Ela. - Jest pani psycholog, ale nikt nie chce do niej chodzić. Nie bardzo jej ufamy. Człowiek się zwierzy, a następnego dnia cały oddział o tym gada.

- Terapia powinna być, nie zawsze jest - tłumaczy Mirosława Straburzyńska. - Tam, gdzie jest, często staje się kolejnym rygorem: nie chodziłeś na grupę, nie dostaniesz metadonu na weekend. I robi się bezsensownie. Widział pan kiedyś kogoś, komu pomogła terapia przymusowa?

Nie będziesz kłopotem dla kierownika swego

Jest jednak coś, czego w polskim systemie substytucji nie brakuje nigdy. Kontrola. Badania moczu, alkomat, odpytywanie ze spóźnień, nieobecności, oględziny skóry w poszukiwaniu nakłuć. Jest jeszcze funkcjonujący jak straszak na niepokornych przepis o "całkowitym zakazie stosowania przemocy wobec personelu i innych pacjentów".

- A za przemoc można uznać sytuację, w której ktoś się spóźnia, widzi zamknięte okienko i zaczyna się złościć, przeklina - mówi Straburzyńska. - A trudno mu się dziwić. Jak nie dostanie metadonu, będzie na głodzie. Domagamy się od pacjentów szacunku, a sami ich nie szanujemy. Kiedy kilkanaście lat temu zaczynałam pracę, koledzy ostrzegali mnie: "Uważaj! Narkoman się pomyli, jeśli powie prawdę". Ten sposób myślenia pokutuje do dziś.

- System, który stworzyliśmy, daje ogromną władzę nad ludźmi - mówi Grzegorz Wodowski. - Czasem rozmawiam z opiatowcami, którzy nie chcą być w programie. Dlaczego? Bo nie chcą być na łasce i niełasce personelu.

Czym bywa ta niełaska, wie najlepiej Paweł. Wyleciał z terapii w momencie krytycznym.

- Czułem się dobrze. Chciałem się "wyzerować" i żyć w abstynencji. Zgłosiłem się do lekarza. Położyli mnie na oddział. Brałem wtedy 40 ml. Co parę dni schodziliśmy z dawki. Dostawałem leki przeciwbólowe i uspokajające. Kiedy osiągnąłem zero, z urlopu wróciła szefowa oddziału. I wypisała mnie, mówiąc, że leżę już za długo, a oni potrzebują łóżek dla nowych pacjentów. A ja nie byłem w stanie chodzić, wszystko mnie bolało. Wróciłem do domu i zacząłem brać znowu. Po ośmiu miesiącach dostałem się na inny program. Już się boję "zerować".

Za wysokie progi

Krajowy Program Przeciwdziałania Narkomanii przewiduje, że do końca 2010 r. leczeniem substytucyjnym zostanie objętych 20 proc. uzależnionych od opiatów, których jest w Polsce ok. 27 tys. Oznacza to, że w ciągu półtora roku powinno się w Polsce pojawić 4 tys. nowych miejsc na kilkudziesięciu programach.

- Od 2005 r. substytucję mogą prowadzić placówki niepubliczne. Najbardziej opłacalne są duże programy z ponad setką pacjentów. Z tak liczną grupą nie będzie sensownej pomocy, ale interes będzie się kręcił - mówi Straburzyńska.

Wszystkie polskie programy substytucyjne należą - mówiąc językiem fachowców - do tzw. programów wysokoprogowych. Testy, kontrola, wysokie wymagania na wejściu.

- To, czego w Polsce nie ma, to leczenie niskoprogowe - mówi Wodowski. - Takie, które dopuszcza, że zdarzają się nawroty, i które pozwala program przerwać, a potem wrócić. Zwykle są dużo tańsze, a ich działanie to przede wszystkim redukcja szkód związanych z życiem na marginesie. Ci ludzie być może nigdy nie wyjdą z uzależnienia, ale nie będą się prostytuować ani kraść. Mogą dobierać narkotyki, wstrzykiwać je, więc jeśli chcemy ograniczyć rozprzestrzenianie się HIV i HCV wśród uzależnionych, potrzebujemy połączenia substytucji z punktami bezpłatnej wymiany igieł i strzykawek.

Potrzebujemy wreszcie oferty dla ludzi z małych miast, którym lek substytucyjny mógłby przepisywać lekarz pierwszego kontaktu. Nie jest dobrze, kiedy w programach pojawiają się ludzie z prowincji, którzy do miasta przyjechali tylko po metadon. Bo poszerzają grono bezdomnych.

Marek Zygadło, współzałożyciel Krakowskiego Towarzystwa Pomocy Uzależnionym, w artykule o redukcji szkód napisał: "Łatwo z ludzi chorych zrobić metadonowych ćpunów - wystarczy chwila nieuwagi, bezduszny kontroler, a powstanie system szantażu na metadonowej smyczy, metadonowy bajzel, kraina beznadziei i bezsensu".

A jednak dzięki metadonowi ci, dla których nie był już ratunku, wracają do normalnego życia. Tylko że ten cud jest możliwy nie dzięki systemowi a wbrew niemu.


Żródło:
http://wyborcza.pl/0,98994.html
  • +
  • -
  • 0





Użytkownicy przeglądający ten temat: 1

0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych